wtorek, 9 lutego 2010

Powrót

C. po kilku nocach spędzonych ze znajomymi na oblewaniu czegoś lub zalewaniu czyjegoś robaka wczorajszego wieczora stwierdziła, że „dziś, skoro jest chora, wróci przed 24.00, nie będzie pić i ma zamiar się wyspać przed jutrzejszym meczem”. Z nosa ciekło jej niemożebnie, ultraakustyczne kichanie co 2 minuty doprowadzało mnie do zawału, tak więc uwierzyłam w jej dobre chęci.

O 4.30 zbudziła mnie klasyczna złośliwość przedmiotów martwych, w składzie: Klucze w Pęku, Garnek& Łyżka Sound System, Kooperatywa Szeleszczące Worki etc. Moje pewne zaniepokojenie wzbudziła łuna, bijąca od naszej minilodówki oraz wystająca zza drzwiczek superdługa noga C. (nie ma sprawiedliwości na świecie!). Po kilku minutach nasłuchiwania uspokoiłam się jednak na dźwięk mlaskania i niezdarnego uderzania łyżką w dno garnka (wszystko wskazywało, że to nie C. była zjadana). Po następnych piętnastu natomiast moje myśli i marzenia półsenne opanował widok rozmrożonej w ten sposób lodówki, czemu dałam wyraz zaspaną angielszczyzną. „Just a sec!” dobiegło zza drzwiczek. Dwadzieścia minut później huk zwalającego się na łóżko metra osiemdziesiąt siedem C. zaanonsował nastanie ciszy nocnej.

O 9.30 miałam najszczerszą ochotę wsadzić jej w anus drącą się wniebogłosy komórkę, która przy akompaniamencie radosnych wibracji na stole pełnym monet i szklanek oznajmiała C. , że już ranne wstały zorze.

Wspominałam już, że to najfajniejsza z moich dotychczasowych współlokatorek? :)

poniedziałek, 8 lutego 2010

Jak niektórzy dorosnąć nie mogą

Wbrew tytułowi, który mylnie mógłby przywodzić na myśl biadolenie baby nad napotkanymi maminsynkami, głównym zarzewiem mojej furii jest kilka kobiet, przez opozycję (ja+kilka zdroworozsądkowych, antypatycznych osób) nazwanych Kółkiem Wzajemnej Adoracji. Kółko całuje się po dupach wytrwale i z zapałem, śpiewa, gotuje i robi na drutach z zacięciem godnym lepszej sprawy. Jednocześnie Kółko głęboką pogardą darzy wszystkich, którzy w tej radosnej socjalizacji udziału brać nie chcą. Członkinie, oprócz kultywowania tradycyjnych zajęć Idealnych Żon i Matek (ani jedna nie ma męża, ni dziecka, nie wspominając już nawet o tym, że tylko jedna posiada chłopaka…) uskuteczniają także: wspólną jazdę na sankach, wspólne upijanie się do nieprzytomności tragicznie śmieszną ilością procentów (1 lampka wina), robienie rozmazanych „artystycznie” zdjęć (na których „och, jak pięknie wyszłyście, tylko ja jak zwykle nie, ale i tak bym nie mogła, bo brzydka jestem … -Kochana, żadna z nas nie jest brzydka, nawet ta, która tak o sobie myśli!”) oraz żywienie zbiorowe dla opornych (opozycja), połączone z napiętnowaniem i wykluczeniem z grona osób godnych szacunku w razie odmowy spożycia brei, zwanej „chili con carne po wegetariańsku” (ot, jak łatwo sobie gębę wytrzeć (nomen omen) nazwą skądinąd smacznej potrawy).

Gwoli jasności – wolnoć Tomku w swoim domku! Niestety, Kółko czasowo obiera w posiadanie Każdy Publiczny Kawałek Przestrzeni, wprowadzając Szeroko Zakrojoną Prywatyzację na Rzecz Kółka. Towarzyszący temu wszechobecny gwałt przez kubki smakowe, tudzież uszy (pięciogłos na cztery głosy) oraz torpedowanie wszelkich przejawów indywidualizmu (mam prawo do samotnych śniadań nad prasą, z menu odpowiadającym moim egoistycznym wymaganiom!), a także uskutecznianie polowania na czarownice, jęli ktoś śmie powiedzieć „nie” wspólnej rozrywce, wydaje mi się lekką przesadą.

Istnienie kółka dałoby się znieść, gdyby nie: primo – wymuszony kontakt z Kółkiem 3 dni w tygodniu (zajęcia) , secundo: warsztaty, mające w zamierzeniu zapewnić nam spokój oraz inne wymagane środki, celem dopieszczenia naszej skromnej twórczości umysłowej, a przeradzające się w orgię gotowania, śpiewania, fotografowania i robienia na drutach. O ile zaś warsztaty po 7 dniach robienia dobrej miny do złej gry dają możliwość wyswobodzenia duszy i ciała spod Wszechogarniającej Kurateli, o tyle 10 miesięcy wspólnego studiowania zmusza do przełknięcia tej gorzkiej prawdy, że z wariatem się nie dyskutuje. I jedyną szansą na ocalenie resztek godności, nerwów i ścinków zdeptanego indywidualizmu staje się zaszycie się w swojej jaskini. Do not disturb. Arghhhh!

*

Bycie „dorosłym” - to także zrozumienie faktu, że ktoś inny może mieć cię w głębokim poważaniu i nieingerowanie z manią wariata w jego prywatność. Chyba, że jak zwykle się mylę…

niedziela, 7 lutego 2010

To clean or not to clean

C. to superwspółlokatorka, której osobiście zrobię order z ziemniaka i przypnę do jej wątłej piersi. Niekwestionowanymi zaletami C. są otwartość na świat i ludzi, niezmienna pogoda ducha oraz cholernie głęboki sen, dzięki któremu nawet przy jej skłonnościach do przestawiania dnia z nocą mogę sobie pozwolić na prowadzenie mojego nudnego życia kujona za dnia, z pełnią praw dolby-surround. C. jako zjawisko dość ciekawe aż się prosi o osobną notkę, co też niniejszym uczynię, ale kiedy indziej. Bo śnieg :)

Dziś skupię się jedynie na poczuciu ładu w wykonaniu C., lub też choroby dwubiegunowej zwanej Lśnienie vs Burdel: Ostateczna Rozgrywka.

C. miewa napady. Rzadkie, bo rzadkie, ale jednak. Od września były 2, i objawiały się sprzątaniem wszystkiego, co leci, składaniem w kostkę, układaniem kolorami, gruntownym myciem lodówki etc, a które, co ciekawe, nie miały związku z sesją. Po ostatnim napadzie, poprzedzającym mój styczniowy powrót, z zadumą pochylałam się nad brodzikiem, kontemplując w jego odbiciu pierwsze zmarszczki (albo to jednak był zaciek…) i stwierdzając, że biel moich zębów nigdy nie dorówna bieli umywalki.

Jednakże po 3 dniach od owych ekstatycznych ekscesów (aliteracja rulezzz), wszelkie obawy uprzedniej euforii C. minęły, a pokój po jej stronie stał się dżunglą amazońską. Na pierwszy rzut oka, gdyby nie staniki i kolekcja superzabójczych szpilek (C. jest modelką, taką na serio), przypadkowy wizytator stwierdziłby, że mieszkam w Obrzydliwym Akademikowym Konkubinacie z uwielbiającym czekoladę sportsmenem. Wydzielana systematycznie mocnym kopniakiem w stosy zagradzających drogę rzeczy przestrzeń C. zapełniła się brudnymi, de domo białymi podkoszulkami w prążki, brudnymi, de domo białymi fortowymi skarpetami, ochraniaczami na różne części ciała (ktoś sprytnie zrobił je w kolorze czarnym), piłkami do siatkówki i obuwiem sportowym (PO treningu), które to atrybuty zostały artystycznie wplecione w kartony po napojach, słoiczki po Nutelli, lekarstwa, wsuwki do włosów, zeszyty, de-komplet naczyń kuchennych, ręcznie plecione bransoletki, butelkę z olejem, letnie torebki oraz zapewne inne interesujące obiekty, które tworzą niewidzialną bazę owego kompleksu piramid.

Konsekwentnie powtarzane przez C. zaklęcie „Oh God, I’m such a pig!” jakoś nie chce kooperować w zakresie magicznego przenoszenia rzeczy na miejsce. I jedyną rzeczą, która mnie rozbraja do tego stopnia, że nie jestem w stanie udławić C. jej własną, przepoconą skarpetką, jest odwieczny dialog C. z niesubordynowanymi rzeczami, które co rusz spadają na podłogę:
„You are on the floor? OK., so stay there. It’s the place I wanted you to be.”


Istnieje coś bardziej wnerwiającego od niezmąconej pogody ducha? :)